Duże wrażenie zrobiła na mnie czytana Ewangelia w II Niedzielę Adwentu. Doznałem dziwnego olśnienia, gdy słuchałem zdania: „W historycznym czasie skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza na pustyni.” To zdanie wypowiedziane przez Boga ukierunkowało życie Poprzednika Pana Jezusa. Dowiedział się, co ma robić i jak żyć. Słowo to padło na żyzną glebę, która wydała plon stokrotny, choć miejsce to było pustynią. Nie był kuszony przez wielorakie światowe sprawy. Miał dogodny czas na skupienie. Mógł w pełni wysłuchać i zrozumieć, czego Bóg od Niego chce.
Najczęściej pustynia jawi się nam jako miejsce zagrożenia życia ludzkiego. Brak wody. Nie ma roślinności. Prażące słońce. Wszystkie te cechy stwarzają zagrożenie dla człowieka. Tymczasem Bóg wybiera tak niesprzyjające warunki do życiowego startu Syna Zachariasza.
Każdy z nas ma jakąś pustynię. Ona niejednokrotnie wypełnia jego wnętrze – utrudniając mu życie. Może to być pustynia niemocy, bezradności, bezsilności. Jakże ono dotyka ludzi niesprawnych, zdanych na pomoc drugich. Taki człowiek uzależniony jest całkowicie od innych. Od ich dobrej lub złej woli. Niejednego dotyka pustynia samotności. Ona jest udziałem tak młodych, jak i starszych ludzi. Doznają jej dzieci, których często określamy jako eurosieroty. Jest udziałem młodych ludzi, którzy spragnieni są osobistej miłości. Chcą znaleźć człowieka, który by ich kochał. Nie wystarczy już im matka czy ojciec. Ich młode serca szukają dla siebie partnera. Często w modlitewnych prośbach do Ojca Świętego, czy Matki Bożej Nieustającej Pomocy są zdania, które pisze dziewczyna czy chłopak. Treścią tych próśb jest bardzo proste zdanie: „Św. Janie Pawle II, dopomóż, bym nie był samotny. Z tego powodu bardzo cierpię.” Cóż powiedzieć o samotności ludzi starszych, zwłaszcza wdów i wdowców. Ich dzieci mają własne życie, a oni żyją na marginesie.
Cierpienie w różnorakich wymiarach, fizyczne czy duchowe, również jest bolesną pustynią. Jest udziałem wielu ludzi. Mają oni świadomość swojej niemocy. Niejednokrotnie doskwierają im fizyczne cierpienia. Słyszymy o kryzysie służby zdrowia. Ujawnia się ona również w tym, że człowiek chory dla leczących jest przedmiotem. Okazem choroby. Mało jest lekarzy czy pielęgniarek. Z tego powodu brak im czasu zająć się tym, który prosi o pomoc. Są wciąż w biegu. W szpitalach najczęściej brak jest czasu na wysłuchanie pacjenta.
Dla niektórych bolesną pustynią jest świadomość zmarnowanego i przegranego życia. Mają żal do Boga i ludzi, że ich historia to ciągłe zmaganie. Wciąż pod górkę. W oczy wiał im silny wiatr. Nie ułożyło się im w małżeństwie. Rodzina dla nich nie jest miejscem bezpiecznym. Daleko im do tego, aby myśleć, że mój dom to moja twierdza. Przegrane życie bo nie znaleźli pracy, która by ich satysfakcjonowała. Stali się tułaczami od zakładu do zakładu. Usprawiedliwiają się, że popadli w alkoholizm na skutek nieudanego życia.
Wiele jeszcze innych pustyń może dotykać człowieka. Jest przekonany, że ona go zawsze niszczy. Tymczasem Jan Chrzciciel usłyszał słowo Boże na pustyni. Ono ukierunkowało Jego życie.
Wchodzimy w czas świętowania. Uczestnicząc we mszach św. będziemy słuchaczami przemawiającego do nas Boga. Oby ten czas posłużył nam by Boże słowo, nawet gdy przeżywamy pustynię, poruszyło nas. Nadało nowy kierunek. W czasie świątecznym mamy o wiele więcej możliwości, by być blisko własnej rodziny. Lepiej się przyglądnąć współmałżonkowi, czy też dzieciom. Również w tym okresie nawiedzamy naszych bliskich. Dużo rozmawiamy. Ludzkie słowo posiada siłę wzmocnienia, ale też ma moc niszczenia drugiego. Może ogrzać zmarzniętego. W okresie świątecznym często słyszymy zdanie: „Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami.” Nie tylko odwieczny Syn Boży przyjął ciało, ale ludzka mowa też ma możliwość stania się ciałem. Wykorzystajmy mowę, która jest wielkim darem do budowania. Nigdy do burzenia.
Ks. Infułat

Przeczytaj więcej