W ostatnich tygodniach Bóg obdarzył mnie łaską głębszego zawierzenia Jego woli. A było to tak: Druga połowa sierpnia tego roku w moich planach była wypełniona wieloma zajęciami duszpasterskimi. Wszędzie tam byłem konieczny.

We Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, z górą od 10 lat, odprawiałem mszę św. partyzancką w mojej wiosce – Glisne. Jako małe dziecko byłem wielokrotnie towarzyszem partyzantów, którzy przychodzili z pobliskiego Lubonia, aby w naszym domu nocować. Po latach, gdy ks. Rektor kościoła glisniańskiego zaproponował mi bym prowadził co roku mszę w intencji poległych partyzantów – bardzo chętnie się na to zgodziłem. Miałem świadomość, że to jest nasz wspólny obowiązek. Odpowiedzialność za tych, którzy walczyli najczęściej w nierównych bojach i niejednokrotnie padali – byśmy mogli żyć w wolnej Polsce. Czekałem na tę mszę tym bardziej, że ona z roku na rok stawała się bogatsza. Wciąż się rozwijała. W Święto Wniebowzięcia na Glisnem miała brać udział grupa ułanów z Chrzanowa odtwarzająca wojenne dzieje. Msza partyzancka kończyła się poczęstunkiem, wszystkich uczestników, wojskową grochówką. Wspólne jedzenie było okazją wielkiego zbratania. Tym razem, zamiast wygłaszać w kościele na Glisnem płomienne kazanie patriotyczne – niemocny leżałem na szpitalnym łóżku w Suchej. Jest mi smutno.

Tym bardziej, że w sierpniu miałem udzielać ślubu bratankowi w Stanach Zjednoczonych. Ze Stasiem, ojcem Daniela, który ma zamiar zawrzeć związek małżeństwa – jestem szczególnie związany. To on w czasach, gdy w Nowej Hucie na Wzgórzach Krzesławickich budowaliśmy kościół Miłosierdzia Bożego, był kierowcą ciężarówki, która dowoziła materiał budowlany. Jakże ciężką była jego praca. Wielokrotnie ciężarówka się psuła. Przyjeżdżał ze żwirem, czy cegłami bardzo umorusany. Ale kochał tę pracę. Usmarowany, brudny wciąż od nowa, przez kilka lat, jeździł i przywoził potrzebne materiały. Pomogłem mu w dostaniu się do Ameryki. W latach 80-tych było to marzenie wielu Polaków. Tam zapoznał Kazię, dziewczynę ze swoich stron i z nią się ożenił. Dawałem, tym biednym, polskim emigrantom, ślub. To nas bardzo wiązało. Już wtedy umówiliśmy się, że gdy dożyję – to również jego dzieciom będę błogosławił małżeństwo. I stało się, że w tym roku bratanek wyprawia wesele swemu synowi. Wujek ma być, aby się cieszyć tym weselem. Radować się sukcesami jego rodziny. Tymczasem duchowny wujek będzie duchowo uczestniczył w radościach weselnych. Miałem jeszcze do załatwienia prowadzenie pielgrzymek. I też nie będę mógł tego zrobić.

Gdy leżałem w szpitalu – ratując coraz bardziej rozpadające się moje zdrowie, dumałem, że choroba i śmierć, a w ogóle cierpienie, są jak złodziej. Przychodzi w czasie, w którym się nie spodziewamy. Rzadko jesteśmy na ten stan ludzkiej słabości przygotowani. Niejednokrotnie rodzi się w nas bunt i wielki żal do Boga. Rodzą się pytania: „Dlaczego to teraz i dlaczego w takim stanie?”

Mnie też ten żal zaczął kąsać. Doznałem jednak niezwykłej łaski. Mogłem wtedy czytać książkę o włoskim kapłanie, ks. Dolindo Ruotolo (1882-1970). Ten włoski kapłan żyjący w Neapolu był żarliwym miłośnikiem Jezusa Chrystusa. Został obdarzony przez swego Mistrza darem wrażliwości na człowieka oraz niezwykłą bliskością ze Zbawicielem. Sam od najmłodszych lat wiedział, czym jest cierpienie. Miał bardzo surowego ojca, który niejednokrotnie fizycznie go karcił. W życiu kapłańskim często nie rozumieli go ludzie, wśród których przebywał, a także jego przełożeni. Przez ostatnie 10 lat życia był sparaliżowany. Zmarł w opinii świętości. Trwa jego proces beatyfikacyjny. Misją jego kapłańskiego życia było zdanie: „Jezu, Ty się tym zajmij.” Ks. Dolindo przeżył bardzo mocno rozmowę duchową Jezusa: „Dlaczego wpadacie w zamęt niepokojąc się? Pozostawcie mnie troskę o wasze sprawy, a wszystko się uspokoi. Powiadam wam, że naprawdę każdy akt prawdziwego, ślepego, całkowitego się zawierzenia mnie sprawia to czego pragniecie i rozwiązuje najtrudniejsze sytuacje. Zawierzenie się mnie nie polega na podejmowaniu usilnych starań, wzburzeniu i rozpaczaniu, a następnie kierowaniu do mnie gwałtownej modlitwy, abym podążał za wami i przemieniał ten niepokój w modlitwę. Zawierzenie oznacza spokojne zamknięcie oczu duszy, odwrócenie myśli od zmartwienia i zdanie się na mnie, abym to ja sam działał, słysząc jak mi mówicie: Ty się tym zajmij!”

Jakże te słowa Jezusa, które usłyszał ks. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij” były bliskie zdaniu, które słyszała św. Faustyna, aby na obrazie Jezusa Miłosiernego napisać „Jezu, ufam Tobie”. Te dwa wersy są bliźniaczo do siebie podobne. Dla mnie rozważającego duchowe wskazówki księdza neapolitańskiego, ks. Dolindo, stały się radosnym światłem rozświetlającym ciemności mej duszy. Przestałem narzekać, mówić o niespełnionych planach. Przeżyłem wewnętrzny spokój podobny do potłuczonego dziecka, którego bierze w ramiona matka, przytula go do siebie, dmucha w bolejące miejsce i mówi serdecznie do niego: „Już synku przestaje cię boleć.” Przecież każdy z nas jest ukochanym dzieckiem Ojca Niebieskiego. On się nami bardzo zajmuje. Wytycza nam drogi. Trzeba mu koniecznie zawierzyć. „Ty się tym zajmij.”

Ks. Infułat

Przeczytaj więcej